|
|
niedziela, 26 października 2008
Karetą z Królem Janem
Fajny dziś dzień. Godzinę dłuższy niż zwykle. I w dodatku - miła niespodzianka! - słoneczny. Wprawdzie w domu nieporządek miły, ale czy to nie szkoda marnować taką piękną pogodę i sprzątać? Oczywiście, że byłoby szkoda. Posprzątam jutro, a dziś wybraliśmy się do Wilanowa. Dawno nas tam nie było, więc widok odremontowanego pałacu, pięknie harmonizujący z błękitnym niebem i kolorowymi liśćmi, był prawdziwą ucztą dla oka. Zakupiliśmy bilety wstępu do ogrodów królewskich (5 zł normalny, 3 zł - ulgowy dla dzieci powyżej lat 7), oderwaliśmy Agusię od błogich marzeń o życiu w pałacu (zapewne obsadziła się w wyobraźni w roli królewny), a Piotrka od kontemplacji plakatu, reklamującego wystawę o Sobieskim i jego rycerzach... I udaliśmy się na warsztaty dla dzieci "Podróże w karecie Jana III Sobieskiego". Jako, że pora była jeszcze wczesna, byliśmy jednymi z pierwszych zainteresowanych - i dobrze, bo dzięki temu mieliśmy więcej czasu na świetną zabawę. Przemiła Pani przełamała pierwsze lody, zapraszając nasze pociechy do rozwiązywania rebusów i zagadek w pomyslowo wydanej książeczce. Dowiedzieliśmy się między innymi, że Król Jan z Królową Marysieńką mieli pięcioro dzieci, królewnę Teresę oraz krolewiczów Jakuba, Aleksandra, Konstantego i Jana, ale że byli rodziną miłą, czułą i dowcipną, nie nazywali ich tymi imionami. Dzieci miały doprawdy niezwykłe przezwiska: Fanfanik, Minionek, Murmurek, Filonek oraz... Pupusieńka! Po zagadkach i rebusach przyszedł czas na twórczość plastyczną - kolorowanie, wycinanie z tektury i ozdabianie karety godnej króla. Gdy nasze karety były już gotowe, wybraliśmy się na spacer po królewskich ogrodach. Buszowaliśmy w złotych liściach, podziwialiśmy barokowe figury bogów greckich i ostatnie jesienne róże, kwitnące na pięknych klombach, ganialiśmy gołębie i kaczki, próbowaliśmy pogłaskać wygrzewającego się na słoneczku arystokratycznego kota i nakarmić szlachetnie urodzoną wiewiórkę. A także dyskutowaliśmy o królach, królowych, królewnych, rycerzach, rycerskości i honorze. Trzeba będzie niedługo (może zimą, gdy pogoda nie będzie zachęcała do długich spacerów) wybrać się na wspólne, rodzinne zwiedzanie wilanowskiego pałacu. Historia magistra vitae, a najlepiej uczyć się przez doświadczenie. Oby więcej takich świetnych lekcji!
środa, 15 października 2008
Puszczańskie ludki
Na wstępie: kocham Warszawę! Jaka inna europejska stolica ma przysłowiowy "rzut beretem" do prawdziwego lasu - nie uładzonego lasku miejskiego, lasu-parku, tylko do prawdziwej puszczy z rysiami, łosiami, niedostępnymi bagnami i ostępami? I za to Warszawę kochać trzeba i szanować. A w każdym razie można. Puszcza Kampinoska to jedno z naszych ulubionych miejsc na świecie. Tu urządzamy (jeśli pogoda pozwoli) urodziny, imieniny i tym podobne imprezki. Tu uciekamy z asfaltowych chodników na zielone ścieżki. Tu słuchamy ptaków, a nie szumu silników. Tu miała miejsce nasza pierwsza randka :) W ciągu jednego popołudnia przeszliśmy ze 30 kilometrów :))) Tę miłość do puszczy staramy się oczywiścieprzekazać naszym dzieciom. W końcu nie wiadomo, ile lat jeszcze puszcza postoi, czy nie wypali jej kwaśny deszcz albo nie wyrwie z korzeniami kolejna wichura. Trzeba się spieszyć, nie tylko z kochaniem ludzi, ale i z kochaniem lasów. Bo obiekt miłości może niestety zbyt szybko przeminąć... Ale do rzeczy. Las i dzieci. "Nie krzycz, nie jesteś w lesie" - mawiała pewna moja nauczycielka hałasującym na przerwie uczniom. Ja jak mantrę powtarzam "Nie krzycz, jesteś w lesie". Nie krzycz. Nie depcz kwiatków. Nie łam gałęzi. Nie zbieraj tych szyszek, przydadzą się tu zwierzętom. Czy jakieklwiek dziecko może znieść tyle zakazów? Okazuje się, że jednak może. Ze i dla nich te zakazy, zasady, nakazy mają sens. Rosną nam małe leśne ludki - co cieszy nas niezmiernie. Coraz zieleńsze mają spojrzenie - gdy rozpoznają "to brzoza, to sosna, a to świerk". Gdy podnoszą upuszczony przez kogoś papierek i dokładają do naszego woreczka ze śmieciami. Gdy poszukują skrupulatnie znaku szlaku, żeby przypadkiem nie zejść z wyznaczonej ścieżki. Gdy pouczają tatę - zwolnij, tu jest znak z sarenką! Takich leśnych lekcji nie zastąpią żadne zajęcia z przyrody. Żadne lekcje pokazowe, żadne wycieczki klasowe, żadne książki, albumy, programy edukacyjne. Dziś polskie dzieci całkiem sporo uczą się o ekosystemach, ale nie potrafią odróżnić klonu od topoli... Że oświerkach i jodłach nie wspomnę. Nie ma to jak leniwe niedzielne popołudnie na zielonej kampinoskiej ścieżce. Piotrek śmiga już na rowerze pewnie i bez wahania. Agnieszka dopiero uczy się jazdy na czterech kółkach, niepewna - bo leśna ścieżka z wystającymi korzeniami to nie równa parkowa alejka. A Isia? Isia zachwycona chłonie las, obserwuje kołyszące się kolorowe liście, słucha szumu wiatru i usypia w chuście, ukołysana miarowym tempem marszu. Dochodzimy do niepozornego pagórka - jego regularny kształt wskazuje, że nie jest dziełem natury, lecz człowieka. To dawne grodzisko, tu stała kiedyś, dawno temu drewniana warownia. Tu była palisada (taki drewniany płot wysoki, wiecie?), a tu fosa. A tu druga fosa. Warownia musiała być bezpieczna. Zamknij oczy, wyobraź to sobie... Tak, Agusiu, w takiej warowni mogła sobie mieszkać księżniczka. Nosiła pewnie białą suknię i niezapominajki we włosach. A tu leśna mogiła, tu jest pochowany leśny żołnierz. Tak, on był dobry. Tak poległ w walce. Wzruszają mnie te nieporadne pytania. Ten zamęt w głowach, w którym rycerze i partyzanci sąsiadują ze sobą i są tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Te próby nadania wszystkiemu sensu i znaczenia. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedyś, przyprowadzą tu własne dzieci i będą wzruszać się i zachwycać ich nieporadnymi krokami, ich niemądrymi pytaniami. I powtarzać jak mantrę "nie łam gałęzi, nie zrywaj kwiatków, nie krzycz - jesteś w lesie."
niedziela, 28 września 2008
zajazd szlachecki
Co zrobić z pierwszym od kilku tygodni spokojnym i wolnym od zobowiązań (naukowo-zawodowo-chrzcinowo-towarzysko-Bóg-wie-jakich) weekendem? Możliwości jest wiele. Jedną z najbardziej kuszących wydaje się przespanie całych dwóch dni – niestety nierealne, Najmłodsza uniemożliwia skutecznie przespanie całej nocy, a co dopiero dzionka jasnego. Skoro świt dołącza do niej Średnie i Najstarszy. Trzeba zwlec się z wyra i ewakuować – pozostanie w pozycji horyzontalnej grozi stratowaniem. Larum grają, ułańska szarża po rodzicielskich brzuchach gwarantowana... Chwileczkę... Szarża... Coś nam się kojarzy... I tak oto odpalamy komputer w poszukiwaniu źródła skojarzenia – czyli maila od pewnego Niestrudzonego Tropiciela Wydarzeń Ciekawych. Tropiciel nie byłby sobą, gdyby nie wytropił naprawdę ciekawych propozycji na weekend. Aaaaa, jest! I tak oto, w szybkim tempie (jakby nam na pięty następował zagon tatarski) bierzemy dzieci w jasyr, pakujemy rzeczy potrzebne (i parę niepotrzebnych), ładujemy do bagażnika, liczymy brańców na tylnim siedzeniu, komplet – i wyruszamy. Kierunek: Gołotczyzna – niewielka wieś pod Ciechanowem, miejsce znane nam dotychczas z podręczników do polskiego, tam bowiem żył i tworzył jeden z pozytywistycznych wieszczów, Aleksander Świętochowski. Cel: Trzeci Zajazd Szlachecki organizowany przez Muzeum Szlachty Mazowieckiej. Program w internecie wydaje się dość mało konkretny, ale co tam, jak będzie nudno, to najwyżej pojedziemy gdzieś dalej. Na miejscu okazuje się jednak, że impreza jest doskonała – może nie ma rozmachu inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, ale atmosfera świetna. Na scenie furkoczące w żwawym tańcu suknie i płaszcze dam i panów z zespołu Alta Danza – wywołujące u Średniej stan nabożnego skupienia i zachwytu. Tuż obok – konkurs plastyczny i poszukiwanie sakiewki szlachcica. Dalej gratisowe przejażdżki bryczką i strzelanie z łuku oraz karczma z równie gratisowym piwem kozicowym oraz chlebem ze smalcem. Jarmark, na którym można zaopatrzyć swoje ochędóstwo w dobra wszelakie: drewniane talerze, kusze, wełnę uprzędzioną na kołowrotku, kwiatki z bibułki, kiełbasę, smalec, płyty CD z muzyką dawną, tudzież biżuterię. No i oczywiście przechadzający się wokół kwiat rycerstwa – lekkozbrojni, Tatarzy, Szkoci z kompanii najemnych, szlachta zaściankowa. Rycerstwo – jak to rycerstwo – skore do bitki i wypitki, żeby zwykły zajazd na karczmę zaczynać od salwy armatniej to już pewna przesada. Z karczmy, gdzie odgrywano burdę szlachecką, musimy zatem ewakuować się bez zwłoki, nasze dziewczynki nie przepadają za odgłosami wystrzałów, a i Najstarszy jakąś niewyraźną ma minę. Równowagę ducha odzyskujemy przy zbieraniu kasztanów. Zaraz wciąga nas zresztą wir wydarzeń – czyli druga część pokazu tańców dawnych, po której barwny korowód przeszedł w rytm poloneza dookoła ogrodu. Chwilę później przed nami rozpostarły się widoki zwycięskiej armii królestw chrześcijańskich pod Wiedniem, barwnie opisane i odegrane przez aktorów teatru Atlantis. A gdy przed zgromadzonym tłumem stanęła Jej Wysokość Marysieńka Sobieska, odczytująca list JKM Jana III, opisujący wiedeńską wiktorię – radość nasza nie miała granic. Chwilę wcześniej bowiem z rąk królowej (dla niepoznaki zapewne w niepozorne ubranej szaty) nasz syn został obdarowany skrzydłami husarskimi. Prawdziwymi, z tektury. Spotkać prawdziwą królową i jeszcze dostać od niej oręż – splendor to nie lada. Od razu nawet zabijacy tatarscy zrobili się nam niestraszni, ze spokojem zatem oglądamy pokaz pojedynków, prezentację strojów i oręża zgromadzonych szlachciurów. Całe szczęście strzelania z samopałów tudzież armat już nie było. Rozbrzmiewała za to muzyka wrocławskiego zespołu Ovo, łącząca rytmy dawne z folkiem słowiańskim – ukraińskim, białoruskim, bułgarskim... Przy dźwiękach tych pożegnaliśmy się z gościnną Gołotczyzną, obiecując sobie wrócić tu za rok. Naprawdę warto!
czwartek, 11 września 2008
jesienna zaduma
Tak dziś szaro, buro i jesiennie... Lato pojechało na wakacje do ciepłych krajów (chętnie zabralibyśmy się razem z nim). W ramach rozgrzewania się wspomnieniami i nadziejami na ciepłe dni - zakładam tego bloga.
|